Nowe fakty o nożowniku z Jarosławia. Był w bazach zagranicznych służb

Dodano:
Niemiecka policja, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Unsplash / Jonas Augustin
31-letni Ihor M., który zaatakował nożem osoby przebywające na terenie opactwa w Jarosławiu, już wcześniej miał problemy ze służbami w innych krajach Europy.

Do tragicznych wydarzeń doszło w czwartek na terenie opactwa Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu. 31-letni obywatel Ukrainy zaatakował nożem osoby znajdujące się w Ośrodku Formacji Kultury Chrześcijańskiej. Jeden z księży, ks. Stanisław, zmarł, a cztery inne osoby zostały ranne, w tym dwie ciężko.

Dokładny przebieg wydarzeń jest przedmiotem śledztwa. Według relacji "Gazety Wyborczej" mężczyzna miał poprosić o wodę, a gdy jeden z księży próbował go wyprosić, stał się agresywny. Miał rozbijać naczynia, a następnie sięgnąć po znajdujący się w kuchni nóż i zaatakować kolejne osoby.

Prokuratura nie potwierdza jednak na tym etapie wersji dotyczącej prośby o wodę. – Nie mogę tego potwierdzić – powiedziała "Rzeczpospolitej" prok. Małgorzata Taciuch-Kurasiewicz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Przemyślu.

Kilka godzin wcześniej próbował przekroczyć granicę z Ukrainą

"Rzeczpospolita" odtworzyła część trasy, którą 31-latek pokonał bezpośrednio przed atakiem. Mężczyzna miał wjechać do Polski w nocy z Niemiec przez Świecko. Poruszał się kilkuletnią Skodą Superb i kierował w stronę granicy polsko-ukraińskiej.

Po godz. 6 znalazł się w Korczowej. Tam okazało się, że samochód nie posiada obowiązkowego ubezpieczenia OC. Według informacji gazety mężczyzna nie miał pieniędzy na uregulowanie należności albo nie chciał zapłacić. Auto zostało więc zabrane lawetą na parking w Jarosławiu. Ihor M. prawdopodobnie dotarł do miasta razem z kierowcą holownika.

Nie ma informacji, aby na granicy zachowywał się w sposób, który uzasadniałby zatrzymanie. – Gdyby zachowywał się agresywnie czy awanturował, zostałby zatrzymany, a to nie nastąpiło – powiedział dziennikowi jeden z funkcjonariuszy Straży Granicznej.

Około trzech godzin później doszło do tragedii w opactwie.

"Rz": W Czechach został uznany za osobę niepożądaną

Dziennik dotarł również do wstępnych informacji dotyczących wcześniejszych losów 31-latka, które polska policja miała uzyskać od zagranicznych służb. W Polsce Ihor M. nie był wcześniej karany i – według źródeł "Rz" – zasadniczo tu nie przebywał.

Z ustaleń gazety wynika, że wyjechał z Ukrainy około czterech lat temu, jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowej rosyjskiej inwazji. Początkowo miał próbować przedostać się przez Polskę i Czechy.

– Czeskie służby złapały go na nielegalnym przekroczeniu granicy i wpisały go do swojego systemu jako osobę niepożądaną – twierdzi źródło "Rzeczpospolitej" w służbach.

Ostatecznie w styczniu 2022 roku M. miał dostać się do Niemiec, prawdopodobnie trasą prowadzącą przez Węgry i Austrię. Według informacji pozyskanych przez polskie służby przez kolejne lata przebywał właśnie w Niemczech i miał tam korzystać z jednego z rodzajów ochrony międzynarodowej.

Miesiąc przed atakiem miał incydent z niemiecką policją

Szczególną uwagę zwracają informacje dotyczące wydarzeń z sierpnia tego roku, a więc zaledwie około miesiąca przed atakiem w Jarosławiu. – Był tam notowany za zachowania polegające na niewykonywaniu poleceń – stawianiu oporu niemieckim funkcjonariuszom. Czego dotyczyła ta sytuacja, na czym to dokładnie polegało, nie mamy takiej wiedzy. Informacje od strony niemieckiej są skrótowe – przekazało źródło gazety.

Na tym etapie nie wiadomo więc, jaki dokładnie charakter miał incydent ani czy miał jakikolwiek związek z późniejszymi wydarzeniami w Polsce. Nie jest również jasne, dlaczego 31-latek zdecydował się teraz jechać na Ukrainę. Śledczy będą próbowali odtworzyć jego ostatnie dni oraz ustalić motyw ataku. Kluczowe znaczenie może mieć przesłuchanie samego mężczyzny, ale obecnie jego stan na to nie pozwala.

Według źródeł "Rzeczpospolitej" zachowanie M. po zatrzymaniu było zmienne. Gdy policjanci nakazali mu odrzucić nóż, wykonał polecenie i początkowo nie stawiał oporu podczas zatrzymania. Później miał jednak stać się pobudzony. Podobne zachowanie miał prezentować w szpitalu. Pobrano mu krew do badań na obecność alkoholu i środków odurzających. Wyniki mają pomóc w ustaleniu, w jakim stanie znajdował się w chwili ataku.

Mężczyzna trafił do szpitala psychiatrycznego. Jak wynika z informacji przekazanych przez śledczych, biegli rozpoznali u niego "objawy choroby psychicznej pod postacią ostrych wielopostaciowych zaburzeń psychotycznych". Z tego względu obecnie nie można go przesłuchać.

Prokuratura zamierza przedstawić mu zarzuty dotyczące zabójstwa jednej osoby, usiłowania zabójstwa oraz spowodowania ciężkich obrażeń ciała. Formalne przedstawienie zarzutów jest jednak uzależnione od możliwości przeprowadzenia czynności z jego udziałem. – Zarzuty dotyczą zabójstwa jednej osoby, usiłowania zabójstwa oraz spowodowania ciężkich obrażeń ciała. Wystąpiliśmy z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie podejrzanego – powiedziała prok. Małgorzata Taciuch-Kurasiewicz.

31-latek ma otrzymać obrońcę z urzędu. Śledczy nadal ustalają zarówno dokładny przebieg tragedii, jak i to, co mogło doprowadzić do ataku.

Źródło: rp.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...